חפש  

הבית של שוש ויוסי  |  
מכשיר מונע נחירות  |  יוסי ספוזניק - טכנאי שיניים  |  לייב מורגנטוי  |  
דף הבית >> holocast שואה
holocast שואה          
 
   

                      OSTATNI KONCERT JANKIELA


W getcie grywał na cytrze stary Jankiel, wdowiec.

Synów, córek i wnuków własnych pogrobowiec.

Całe dnie drzemiąc, milczał jak kamień zawzięcie.

Czasem tylko przemówił na tym instrumencie.

Był jak dąb nagle gromem nieszczęścia rażony,

z odciętymi gałęźmi i na wpół spalony.

Nagi pień. Wiatr mu czasem po pieniach zaświszczę.

Tak właśnie Jankiel czasem zagrał na swej cytrze.

Gdy Jankiela do gazu zabierali z łagra pozwolili wziąć cytrę, jeśli na
niej zagra. Spędzono złachmaniały tłum na Umszlagplacu. Wywołano
Jankiela, kazano by zaczął.

Ćmi przeróżnych odznaczeń na mundurach deseń. "Graj wesoło Jankielu,
sam się też rozwesel"! Jankiel chwiejnymi kroki wystąpił na środek.
Chwilę stał. Niespokojnie ręką targał brodę. Milczał. Cytrę do serca
jak dziecko przycisnął Chwilę pieścił tę cytrę, żywe dziecka ciało,
jak ojciec, który czuje, że śmierć dziecka blisko. Ostatnie, jakie
jeszcze z życiem go wiązało. Wreszcie dotknął strun cytry, jak włosy
je gładził i z tych włosów melodię z wolna wyprowadził.

Zagrał. Zagrał jak chcieli, sam się rozweselił, gdy wspominał jak
SS-man syna mu zastrzelił. Jak przed śmiercią mu kazał uderzyć w twarz
ojca, za to, że spłodził jego, żydowskiego chłopca, A potem kazał ojcu
uderzyć w twarz syna, za to. że bijąc ojca kim jest zapominał. I tak
im się po twarzy bić kazał wzajemnie, aż w łzach, krwi i plwocinach
nie padli na ziemię. Wtedy szaulis, by ulżyć synowi w konaniu,
władował mu w skroń kulę - jak kropkę po zdaniu. Tak zginął jego
pierwszy syn, tak po nim drugi, Tak trzeci, tak córki, a po córkach
wnuki. W dół bez dna je strącały na zawsze kul żądła, gdzie słońce ani
księżyc nigdy nie zagląda.

Gdy tak błądził wspomnieniem nad znikłą rodziną, jasny strumyk melodii
spod rąk mu wypłynął. Grają fale w księżycu, gwiazdy w nich migocą,
płyną smugi srebrzyste cieniowane nocą. Struny lekko falują, ton
tonowi wtórzy, rośnie wciąż jak ulewa wzbierającej burzy. A słychać w
niej dźwięk jeden, jakby dzwon alarmu! Próżno Jankiel go tłumi,
przygłusza na darmo. Aż wreszcie w twarz słuchaczom tym dźwiękiem
uderzył i urwał. Jakby nagle dzwon pękł i spadł z wieży. Cisza. Dzieci
do starszych tulą się jak owce.

Starszym wszystko, gdzie spojrzą, wrogie jest i obce.

I niebo jest niemieckie i ziemia niemiecka,

tylko dusza żydowska każdego ich dziecka.

A Jankiel? Chociaż dzieci jego w ziemi spały,

jednak oczy ich żywe na niego patrzały.

Słychać grę. Ale jaką? Nie liczy się z nikim.

Wiąże rytm starego serca z staccatem muzyki.

Czy to gwiazdy na strunach wśród palców mu świecą?

Czy łzy po palcach płyną, które z oczu lecą?

Choć melodia zmieszana gwiazdami i łzami,

jednak coraz potężniej wzrasta akordami.

A każdy akord inny, inaczej barwiony.

Z wierzchu jasny, a spodem krzycząco czerwony.

Spod palców, zamiast dźwięków, krew zaczyna tryskać,

ogniem skrzącym nabrzmiewać, błyskawice ciskać,

grzmieć gniewem, który jednak w mgle żalu owity

dudni głucho pod ręką, jakby w ziemię wbity.

"Z łona matki wyszedłem tu, nad brzegiem Wisły,

z kości moich me syny, moje wnuki wyszły.

Chwała pokoleń rosła wciąż z ojca na syna

lasem cedrów libańskich, w słowiańskich krainach.

Czym żeśmy, jakim grzechem w życiu zawinili?

Czyśmy zakon łamali, ustami przeczyli,

że nas żywcem spalają dzisiaj w krematoriach,

że tysiące Dawidów bije jeden Goliat?

Ręce wrogów są silne, zorganizowane.

A nas że są jak liście przez wiatr rozwiewane.

Pokój na złotym łożu śpi w pancernej kasie,

a wojna krwią i łzami ubogich się pasie.

Nazywają nas "tynef", przezywają nas ciągle.

Żółta łata na plecach "zabij żyda" woła.

Los w obliczu nas śmierci pojednał i zrównał,

tych w złocie i łachmanach, tych w różach i gównach.

Jahweh, Jahweh, o Jahweh, o Imanuelu,

jeśliś jest, spłyń z Synaju, z Taboru, z Karmelu!

Co dzień granice Twoje przestępuje zbrodnia.

Oddziela nas od światła, jak wodę od ognia.

Nie ma wśród nas Mojżesza, co by laską w skały

serc trącił i litości otwarł 3trumień biały.

Przepaść wydała głos, otchłań ręce wzniosła,

jesteśmy jak za burtę wyrzucone wiosła,

jesteśmy jak topi iwy śnieg w słońcu na skale.

Znikamy nagle z życia jak dym po wystrzale".

Jankiel ucisza struny, odwija z mgły żalu, obnaża wszystkie ognie, co
się w strunach palą. Nagle duai je ręką, struny w dół ugina, gasi
strunę po strunie, aż zniknęły w dymach. Zdawało się, że przerwał,
lecz on wprawną dłonią panuje nad strunami, jak mewa nad tonią, w
której błysnęła nagle zdobycz nieuchwytna.

Lecz co to? Jęk, czy drwina, klątwa czy modlitwa? Podnosi cytrę w górę
i, choć wstrząsa płacz nim, zaczyna pełnym głosem pieśń "El mole
rachmim".

-"Tyś, który jesteś miliard, który pomnożony przez miliard miliardów,
Jahweh nieskończony! Który liczysz swe gwiazdy od nocy do świtu a we
dnie się obwijasz jedwabiem błękitu! Który brwi masz z obłoków, a z
piorunów mowę! Który morza podnosisz, a otwierasz zorze, cóż znaczysz
na tym świecie, jeśli nic nie możesz? Jeśli dotąd wierzący w jedyne
Twe imię lud znaczy mniej niż echo, i jak echo ginie?"

Zamilkł, opuścił cytrę zdławiony rozpatrzą, pod zbudowaną z wszystkich
swych łez ścianą płaczu. Ocknęli się słuchacze strwożeni jak owce.
Wszystko na czym wzrok spocznie wrogie im i obce.

Ćmi przeróżnych odznaczeń na mundurach deseń: "Grajże dalej Jankielu,
po łzach się rozwesel!" Więc dławi łzy i rozpacz, cytrę wziął go góry,
i jak tarczę skierował w stronę gdzie mundury, ze słowami: "rzekł
głupi: jam jest panem ziemi", a pod stopami jego wre wulkan płomieni,
wulkan gniewu ludzkiego, co pod ręką puchnie, otworzy na was usta i
jak na kurz dmuchnie. Lud przeciwko złu wstaje, lud w każdym narodzie.
Ludu, prędzej się w wichry, prędzej w burzę odziej! Lud gniewem zło
wywraca, podły świata ustrój. Ludu, prędzej się w gromy, prędzej w
wichry uzbrój! Lud wzniesie milion z gniewu ukutych oręży i ruszy na
was wrogów! I lud ten zwycięży!

Teraz Jankiel na zawsze z wszystkimi się żegna, więc i tony dobiera te
głębsze ode dna. Z głównego nurtu żalu, z ciemnego strumienia, śpiewną
melodię skargi w jęk bolesny zmienia. Potem sięga obłoków, do wichrów
przysiada i w błyskach przebierając, piorunami gada. Chmur gęstych
czarne kłęby zwiera coraz ciaśniej, piorunami otwiera w nich nagłe
przepaście, i strąca w nie swych wrogów, i z cytry jak z procy bije w
nich pociskami gniewu z całej mocy: - "Spojrzeliście na góry, a góry
się walą. Spojrzeliście na miasta, a miasta się palą. Wszystko czego
dotkniecie, żar spopiela srogi, przeklęte wasze oczy, i ręce, i nogi!
Męka nasza zakwitnie w przyszłych pokoleniach, czas odda nam w owocach
co zabrał w nasileniach, A wróg wszystko co czyni, czyni nierozumnie,
układając dzień po dniu, jak trumnę po trumnie.

Zbrodnia, gwałcąc naturę, błąd popełnia gruby, sama w sobie hołdując
zarodki swej zguby.

Spójrzcie! Ta chmura, co się z mgieł krwi naszej wije, ukrywa przyszły
piorun, który was zabije. Albowiem powiedziane jest: "Piorun was spali
za wasze straszne ZŁO, któreście tu posiali!"

To mówiąc trącił struny, jak włosy je gładził,

i nagle triumfalną pieśń z nich wyprowadził.

Zagrał. Zagrał jak chcieli. Sam się rozweselił.

Lecz nie skończył... SS-man wprost w serce mu strzelił!

Jankiel ręce rozłożył, padł piersią na cytrę.

Był piękny dzień kwietniowy. 'Wielkanoc. Niedziela.

Wtedy to właśnie w getcie rozpoczęto bitwę.

Jej początkiem był koncert ostatni Jankiela.











MY, ŻYDZI POLSCY





My, Żydzi polscy. My widma, my cienie pomordowanych braci naszych,
Żydów polskich.

My, prawda grobów, i my złuda istnienia, my, miliony trupów i
kilkanaście, może kilkadziesiąt tysięcy niby nie-trupów, my,
nieskończenie wielka bratnia mogiła, my kirkut jakiego dzieje nie
widziały i nie zobaczą.

My poduszeni w komorach gazowych i przetopieni na mydło, którym nie
zmyje się śladów naszej krwi ani piętna grzechów wobec nas.

My, których mózgi tryskały na ściany naszych nędzarskich mieszkanek. i
na mury, pod którymi nas masowo rozstrzeliwano - tylko za to, że
jesteśmy Żydami.

My, z karabinami na barykadach, śród ruin naszych bombardowanych z
powietrza domostw, my żołnierze wolności i honoru...

My, którym "twierdzą był każdy próg" każdego walącego się na nas domu.

My, Żydzi Polacy, dziczejący w lasach, karmiący przerażone nasze
dzieci korzonkami i trawą, my pełzający, czołgający się, nastroszeni,
z jakąś cudem zdobytą lub za grube pieniądze wybłaganą staroświecką
dwururką...

My, Hiobowie, my, Hi oby, my na pokucie po setkach tysięcy naszych
żydowskich Urszulek...

My, głębokie doły potrzaskanych, pomiażdżonych kości i poskręcanych,
pręgami pokrytych zwłok.

My, krzyk bólu! Krzyk tak przeciągły, że najdalsze wieki usłyszą. My
Lament, my Wycie, my Chór, zawodzący mogilne El mole rachmim, którego
echo stulecie będzie stuleciu przekazywać.

My, najwspanialsza w dziejach kupa krwawego nawozu, którym użyźniliśmy
Polskę, aby tym co nas przeżyją, lepiej smakował chleb  wolności.

My, makabryczny rezerwat, my ostatni Mohikanie, niedobitki rzezi.

 My, którzy nawet grobów dzieci naszych i matek nie odnajdziemy - tak
się warstwami poukładają, tak się wszerz rozproszą, w jedno
pogrzebanie! I nie będzie upatrzonego miejsca, żebyś mógł na nim
kwiaty położyć, ale jak siewca ziarno, będziesz je szerokim rozmachem
rąk rozrzucał. Może przypadkiem trafisz.

My, Żydzi polscy... My, legenda, krwią i łzami ociekająca. "Oby rylcem
żelaznym i ołowiem na wieczną pamiątkę wydrążona była".

Wyjątki z utworu Juliana Tuwima My Żydzi polscy opracowała Małka Fish

1991


מונה:

תאריך ושעה
 



 
התחברות לחברים

עבודה בחו"ל

כל הזכויות באתר שמורות ליוסי ספוזניק   0505366176   קרא את תקנון האתר    izen@netvision.net.il

לייבסיטי - בניית אתרים